W pieskach siła albo o "Przez sen" J. Podsiadły

 
Przybył do mego domostwa przedwczoraj listonosz, przynosząc paczkę z nowiutkim tomikiem wierszy Jacka Podsiadły. Tomik pięknie wydany, nakład nieduży – radość wielka. A przy okazji się zorientowałam (dzięki mojemu Domownikowi, który mnie oświecił), że nominowany do Nike – ach, będę Pyzą na czasie, pomyślałam, co tak rzadko mi się zdarza, a tu proszę, zupełnym przypadkiem się udało. Także tomik przywędrował z Lublina, bo wyobraźcie sobie, że nigdzie nie można go było dostać, no ale już jest, został przeczytany i pozwólcie, że kilka słów o nim powiem.


Jak to jest wydane? Pięknie. Serio. Przypomina trochę takie druki sprzed lat trzydziestu z górą, trochę archiwalne, trochę jak dodatki do gazet (były kiedyś takie, wycinało się na przykład bajki i składało w książeczkę), na bardzo fajnym papierze – słowem, można sobie popatrzeć i poprzeglądać, nawet jak się nie chce czytać. Przez całą książkę przewija się motyw graficzny z okładki: trochę klepsydra, trochę brzegi rzeki, przelewa się nam czas, woda, generalnie coś mija. W dodatku tam, gdzie Podsiadło chce uniknąć rozrywania wersu z tak prozaicznego powodu, że kończy się strona, zamiast przenosić go nieco dalej, dokłada stronę – to znaczy, że niektóre się rozkładają. I chociaż nie zawsze powód jest dla mnie jasny (formalnie), to ogólnie uważam ten zabieg za ciekawy: bo możesz jakiś wiersz pominąć, zastanowić się, jakie to ma znaczenie dla konstrukcji całego tomiku, albo go przeczytać i zrobić to samo, tyle że wyjdzie coś trochę innego.
 
 
 Tak, poszłam po linii najmniejszego oporu i ozdobiłam wpis zdjęciami piesków preriowych. Źródło.
 

Jak to jest ułożone? Chociaż mam zastrzeżenia do co poniektórych wierszy (o czym niżej), to bez żadnych wątpliwości przyznaję, że to jest świetnie ułożony tomik. Sami zobaczcie: zaczyna się od krótkiego, niezwykle celnego manifestu o tym, jak to jest z tą kondycją poezji w dzisiejszym świecie (i że wcale tak źle nie jest, że te wyroki o końcu pewnych form można wsadzić do szafy i generalnie niech sobie czekają, żeby je wyjąć i straszyć nimi znowu), czyli od „Auto da fé“ (znamienny tytuł!):

Mam gdzieś koniec poezji. Czniam wyczerpanie języka.
Jest dźwięk, który pieski preriowe wydają tylko na widok grzechotnika.

I sami widzicie, to jest ani za długie, ani za krótkie, a w punkt. I manifest tu mamy, i wskazanie, gdzie szukać, w końcu też i pokazanie, że jest więcej rzeczy niż widać z jednego, ograniczonego punktu widzenia. Lubię takie myśli, bo one pokazują, że strach przed czymś to jest zawsze moment, w którym na chwilę zapominamy, że nie jesteśmy tylko my i że jest jednak coś więcej. Choćby te pieski preriowe. A przy okazji ta myśl o tym, że mamy narzędzia do nazwania czegoś tak nieuchwytnego, idealnie konkretnego – tylko że trzeba je znaleźć. No kto się nie złapał na takim „ale jakby to dokładnie powiedzieć?”. Potem Podsiadło kontynuuje myśl po takim otwarciu: idziemy trochę chronologicznie (są wspomnienia o dawnym życiu, wspomnienia w ogóle), trochę wraz z dniem (świta), coś oglądamy, coś czytamy, czymś się zajmujemy, gdzieś wyjeżdżamy, żeby przejść do końca: „Co koniec zwiastuje” nazywa się jeden z czterech kończących tomik wierszy – po czym idziemy dalej („Co szło za mną, kiedy odchodziłem”), jeszcze na chwilę refleksji starcza nam czasu („Co bez czego się nie zdarza”), żeby w końcu iść spać („Piosenka o spaniu”). Czy już mówiłam, jak bardzo podoba mi się ta konstrukcja...?
 
 
 

Jak to jest napisane? Są tu rzeczy przedoskonałe, takie co do których wiem, że będę wracać, aż się nauczę na pamięć („Oko w oko, ramię w ramię, łeb w łeb”, pokazujący, że na niektóre rzeczy patrzymy ze zbyt zawężonej perspektywy, „[Przyjdę]”, czyli coś o przemijaniu, ale bez rozpaczy i „[Jest]”, bo jak nie kochać wiersza, gdzie znajdziemy frazę „jest kuchnia polska polegająca na tym że zjada się rzeczy wstrętne”?). Są rzeczy, co do których mam mieszane uczucia (zwykle dlatego, że są dobre, ale gdzieś w połowie następuje jakieś pęknięcie – „Pochód drugomajowy”, polegający na otwarciu słowa tą samą literą, ma pomysły lepsze i gorsze, spójne i mniej spójne, „Czas przeszły, dokonany”, gdzie wersyfikacja jest jedną z tych, co do których mam zastrzeżenia – jeśli chodzi o funkcjonalność: to znaczy umiem sobie wytłumaczyć, czemu jest taka, ale nie wiem, czy taka być musi, żeby uwydatniać wszystkie sensy, „Kaspar Hauser, Melchior Wańkowicz i Baltazar Gąbka składają dary Jezuskowi”, który więcej obiecuje w tytule, niż daje, zwłaszcza że pomysł dobry, ale ślizga się podmiot liryczny jakoś po powierzchni). Natomiast pozostaję absolutnie oczarowana formalną stroną tych wierszy, jeśli chodzi o budowę i inne tego typu bajery. Rymy są świeże, a nawet jak nieco już za sobą mają, to poustawiane tak, żeby stwarzać dobre wrażenie. W dodatku metoda przesuwania wyrazów, żeby dostawać rymy wewnątrz wersów – cudo! Dawno też nie widziałam tak umiejętnych przerzutni (brzmi to teraz trochę jak wrażenia po oglądaniu występów gimnastycznych – ale coś w tym jest, poezja to trochę taka gimnastyka artystyczna literatury). Jest w tych opowieściach trochę hermetyczności, ale nie za dużo, widać w nich i rodzinę, i znajomych, i kraj też widać – ale nie ma jednocześnie takiego epatowania, czy ja wiem?, patosem różnego rodzaju (może poza „Bobem Dylanem”, ale i tam dość ostrożnie). Są za to cudnie powkładane w materię odwołania (jest coś z Miłosza w „Porzuconych tonach”, z Szymborskiej w „Co bez czego”, czy Mickiewicza w „Życiowym rozbitku”, ale nienachalnie, czasem w jednym zdaniu, jakimś sformułowaniu albo w klimacie).
 
 
 

Jakie to ma wady? Oprócz tego, do czego już wyżej miałam zastrzeżenia (bo miałam, jak to ja), to tak sobie myślę, że jak wyszło tylko trzysta egzemplarzy, to mógłby już pan Podsiadło chociaż kilka podpisać. Ale z drugiej strony, tak składać swój podpis na trzystu, trochę ciężko. Ale jakby tak od czasu do czasu? No, ale nie marudzę.

Idźcie, czytajcie, warto!

_________________________

Jutro – karnawał! Bawimy się! Ha! A tak na marginesie, to chciałam tylko zaznaczyć, że do soboty mogę być mniej aktywna w odpowiadaniu na komentarze, ale notki będą się ukazywały normalnie. Jeśli nie, to znaczy że blogspot mnie nie lubi.

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. Jako młoda panienka pasjonująca się poezją pana Jacka udałam się na wieczór autorski/poetycki? (już mnie pamięć zawodzi) z tomikiem jego Wierszy Zebranych. Pan Poeta zafundował mi autograf: Świetlicki. Do dziś mnie bawi to niezmiernie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudna historia! Zazdraszczam takie dubeltowego autografu :D.

      Usuń