Ze wsi do miasta albo o "Cesi" N. Rolleczek



Przyznam się szczerze, trochę zwlekałam z tą notką, bo nie mam za wiele do powiedzenia o „Cesi”.


Co to za historia? Cesia mieszka z dziadkami na małopolskiej wsi. Kiedy jej ojciec ginie, matka przenosi się do miasta (jest pielęgniarką) i po jakimś czasie proponuje, by dziewczynka również przyjechała do Krakowa. Na miejscu okazuje się, że Cesia musi zamieszkać z rodziną Sikorów, bo matka mieszka w hotelu pielęgniarskim i dopiero stara się o mieszkanie. Dla dziewczynki miasto jest obce i nieprzyjazne, tęskni za wsią, ale w imię miłości do matki stara się przystosować do nowego trybu życia licząc, że wszystko jakoś się ułoży.

To jest druga, po „Gangu panny Teodory” powieść Natalii Rolleczek „w pół drogi”. Część wątków się tutaj urywa, czy właściwie idzie własnym torem, a narrator jakby tracił nimi zainteresowanie, część wybrzmiewa nieco inaczej, niż można by się spodziewać. Relacja Cesi z matką wygląda przede wszystkim jak szantaż ze strony tej drugiej (za każdym razem, gdy dziewczynka ośmieli się powiedzieć, że lubi wieś albo chce odwiedzić dziadków, matka zasmucona pyta „ale to nie wolisz być ze mną?” – podczas gdy, przypominam, one nawet nie mieszkają jeszcze razem; problematyczny jest ten wątek nowego związku matki, który wygląda przede wszystkim jak transakcja wiązana „wyjdę za ciebie, bo masz mieszkanie”). Relacja Cesi z koleżankami i kolegami jest już mniej toksyczna, zwłaszcza kiedy pojawia się Wiesia, przyjaciółka głównej bohaterki, mieszkająca w domu dziecka. Rolleczek umie pisać takie postacie, nie ma tutaj ani ckliwości, ani emocjonalnego szantażu.

Zresztą jeśli chodzi o emocjonalne szantaże, to ich w „Cesi” kilka jest, ale nie tam, gdzie można by się ich spodziewać. Zręcznie autorka wprowadza wątek Laszlo, poruszając przy tym temat „zatrzymania taborów cygańskich” i przemian w społeczności romskiej. W trochę zbliżony sposób, jak zrobiła to w „Rufinie z przeceny”, przydaje Cesi dwóch konkurentów z dwóch różnych środowisk – tutaj to są raczej „konkurenci”, bo dziewczynka ma dopiero osiem lat. Trudno natomiast powiedzieć, czym „Cesia” tak naprawdę jest. Bo cały motyw wiejskiego dziecka, które przenosi się do miasta i usiłuje sobie poradzić w zupełnie innym otoczeniu miałby się nieźle, gdyby nie dość nachalne podsumowanie go jednym zdaniem na samym końcu. Jeśli to miałaby być historia o losie sierot (Cesia, Wiesia, Laszlo), które znajdują się w różnych sytuacjach (mieszkanie z dziadkami, dom dziecka, wuj-przemocowiec) wypada już znacznie lepiej.

Problematyczna jest tutaj narracja, co prawda narrator nie jest pierwszoosobowy, ale też trzyma się bardzo blisko Cesi i z jej perspektywy głównie oglądamy przewijające się przez powieść wydarzenia. To sprawia, że na przykład decyzje i motywacje matki dziewczynki potrafią się dość nagle rozpływać w powietrzu. Choćby w scenie, kiedy Cesia sprzeciwia się matce, a ta wychodzi do kuchni, po chwili zaś wychodzi z niej i już jest przekonana, że wszystko jakoś się ułoży. Zapewne miało to służyć pokazaniu tego, że w świecie dorosłych dzieją się rzeczy, na które dziecko nie ma wpływu i których może nie rozumieć – ale mimo wszystko wykonanie nieco tutaj przeszkadza.

Przy czym nie zrozumcie mnie źle, „Cesię” czyta się dobrze, a kilku wątków, jak choćby tego z udziałem Laszlo, nie spodziewałam się i byłam zaintrygowana, jak też się on rozwinie. Także nie nazwałabym tego opus magnum, ale przeczytać, a jakże, można.

Weź dokładkę!

14 komentarze

  1. Dla porównania mogłabyś poczytać Bułeczkę Korczakowskiej, nie wiem czemu Cesia i Bułeczka zlewają mi się w jedno, pewnie przez skojarzenie wiejskiej dziewczynki w wielkim mieście, sierotki na łasce obcych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już sobie zapisałam, żeby zapolować na "Bułeczkę". Przyznaję, że "Cesia" nie pozostawiła we mnie jakichś wielkich wrażeń, ale takie porównanie może być ciekawe :-).

      Usuń
    2. Bo to dla ośmiolatków. Sentymenty, chociaż kilka wątków robiło wrażenie. Detali nie pamiętam niestety.

      Usuń
    3. "Bułeczka"! Jak ja tę książkę lubiłam w dzieciństwie! Za każdym razem się wzruszałam, bo ta laleczka Czarnuszka, bo te zabawy, bo to ciągłe zwalanie winy na biedną Bułeczkę... A ona tak dobrze chciała i taka kochana.

      Ależ mnie cofnęło znów w czasie!

      Usuń
    4. O, wreszcie ktoś, kto to zna :D

      Usuń
    5. No ba! Moja mama znała i mi kupiła w dzieciństwie :)

      Usuń
    6. Kurczę, aż się zastanawiam, czy nie czytałam i zupełnie zapomniałam? Bo to zdaje się dość popularna książka jednak? Ale Korczakowskiej kojarzę tylko -- mgliście zresztą -- "Spotkanie nad morzem". A tam wśród tytułów tak kuszące, jak na przykład "Wakacje w Borkach" :-).

      Usuń
  2. Pyzo kochana, Ty się tak produkujesz z tą Rolleczek, ja się tak przypatruję z boku bez czytania wpisów, tak mi wstyd trochę. Ale od razu, jak wspomniałaś o tej akcji, pojawiło mi się w głowie, że muszę zapytać - bo nigdy w życiu Rolleczek w rękach nie miałam - co by tu jednego kiedyś przeczytać, żeby się zapoznać z klimatem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łączę się w trochę-wstydzie.

      Usuń
    2. Zupełnie nie ma się czego wstydzić, tylko iść do biblioteki i się zaopatrzyć w egzemplarz "Uroczych wakacji" ;-). A tak na serio: oprócz "Uroczych...", które są moim zdaniem najlepszą powieścią Rolleczek (ale nie powinnam mówić hop, może coś jeszcze je do końca lata zdetronizuje), to z powieści dla dzieci i młodzieży polecam trylogię "Kuba znad Morza Emskiego", no i debiut autorki, "Drewniany różaniec", bo warto się samemu zapoznać.

      Usuń
    3. Różaniec chyba jednak lepszy od Wakacji :D

      Usuń
    4. A moim zdaniem jednak "Wakacje..." lepsze, bo gęstsze, więcej jest tam wątków, zgrabnie ze sobą splecionych, motyw winy znacznie lepiej opracowany, a tragikomizm lepiej wykorzystany. Ale to na razie po świeżej lekturze "Drewnianego..." i wspomnieniach "Uroczych..." takie wrażenia ;-).

      Usuń
    5. Dzięki, zapamiętam sobie i może przeczytam jeszcze w te wakacje, żeby choć trochę się zapoznać :)

      Usuń
  3. Gęstsze? Ja bym powiedział, że momentami ostro wypychane watą. Przyjemną, ale jednak watą :D

    OdpowiedzUsuń